Wybieram empatię

Wybieram empatię

O roli empatii w wychowaniu z Elżbietą Więcław, nauczycielką i wychowawczynią, certyfikowaną trenerką Porozumienia bez Przemocy rozmawia Joanna Szulc.

image

Jesteś mamą i nauczycielką, a także współzałożycielką zespołu szkół w Gliwicach. W tych szkołach dzieci i młodzież uczą się idei Porozumienia bez Przemocy, czyli takiego komunikowania się z ludźmi, które opiera się empatii. Czym dla Ciebie jest empatia?

Rozumieniem potrzeb – swoich i ludzi wokół mnie. A także świadomością własnych emocji. Jest takim ciągłym odpowiadaniem sobie na pytanie: „O co mi chodzi?”. I jednocześnie: „A o co chodzi innym?”.

Wymieniłaś role, które pełnię. Wszystkie one wciągają mnie w wir potężnych emocji. W codziennym życiu: rodzinnym, szkolnym, łatwo się zdenerwować, oburzyć, odczuwać złość, niepokój, zmęczenie. Pojawiają się myśli, które są pożywką do gniewu, czasem dla poczucia winy. To jest taka sytuacja, w której trudno o dobre porozumienie z drugą osobą.

Trudnych myśli i uczuć nie sposób „odciąć” – i wcale nie byłoby to zresztą dobre rozwiązanie. Empatia, której się nauczyłam i wciąż uczę, sprawia, że mogę się zatrzymać i zapytać samą siebie: „Co się właściwie stało?”. Próbuję oddać słowami to, co widzę, czystą obserwację.

Pokaż mi to na przykładzie. Uczeń w szkole po raz kolejny nie wykonał twojego polecenia, a Tobie rośnie ciśnienie. Co mu mówisz?

Mogę powiedzieć: „Jesteś leniwy i mnie lekceważysz, twoje zachowanie jest skandaliczne”. Mam wtedy zerowe szanse na nawiązanie z nim kontaktu i jakąkolwiek współpracę. To pewne, że uczeń mnie nie usłyszy.

Mogę jednak spróbować inaczej: „Trzeci raz w tym miesiącu nie oddałeś ćwiczenia, o które prosiłam. To mnie naprawdę złości, bo chciałabym współpracy. Nie wiem, co się dzieje. Powiesz mi, o co chodzi?”. To może być początek dialogu pełnego szacunku.

To, że dziecko nie zrobiło ćwiczeń do szkoły (albo nie posprzątało swojego pokoju), nie sprawia, że staje się mniej wartościowym człowiekiem. Każdy z nas ma swoje powody, aby coś robić albo czegoś nie robić, dzieci tak samo jak dorośli.

Gdy dziecko nie wykonuje polecenia, dorosły często myśli, że ono robi to specjalnie, ze złej woli, na złość.

A tak nie jest. Dziecko, które robi coś wbrew woli nauczyciela czy rodzica, nie wymierza tego działania przeciwko dorosłemu. Realizuje tylko jakąś swoją potrzebę. Np. nie odrabia lekcji, bo w tym czasie ma potrzebę zabawy albo odpoczynku. I mnie, jako nauczycielce, to może nie podobać. Ale łatwiej mi będzie porozumieć się z uczniem, kiedy zrozumiem jego potrzeby, a także uczciwie powiem o moich potrzebach, o granicach, jakie chcę ustalić, o emocjach, jakie odczuwam. To jest lepsze od „strzelania focha”, czy „gotowania zupy grymasowej”.

To, że powiesz, jak się czujesz i czego oczekujesz sprawi, że uczeń wykona polecenie?

Nie. Mogę powiedzieć, co mi się nie podoba, czego nie chcę, poprosić o to, czego chcę. Ale muszę mieć przy tym świadomość, że być może tego nie otrzymam.

Miałam kiedyś ucznia, który systematycznie odmawiał współpracy, nie włączał się do ćwiczeń na zajęciach, nie przygotowywał tego, o co prosiłam. Powstrzymywałam się od komentarza, chociaż w głowie pojawiały się różne myśli, także krytyczne, oceniające. Wtedy brałam oddech i zadawałam sobie pytanie: „O co mi chodzi?”. Odpowiedź nie była trudna: chciałam współpracy, poczucia sensu, szacunku. Rozmawialiśmy o tym kilka razy. Wybierałam momenty, kiedy byłam zupełnie spokojna, mówiłam o swoim zmartwieniu, ale też z ciekawością pytałam go, co sprawia, że nie chce ze mną współpracować. Jakie rozwiązanie możemy wspólnie znaleźć, żeby każde z nas było zadowolone. Nie tworzyłam presji, oddałam w jego ręce odpowiedzialność. Po prostu odpuściłam jemu – ale najpierw odpuściłam sobie. Dzięki tym rozmowom poznałam go bliżej, zobaczyłam powody, jakie stały za jego zachowaniem. Pod koniec roku szkolnego sam zaproponował rozwiązanie. Potem podziękował mi za to, że pozwoliłam mu dojść do niego samodzielnie. Myślę, że płynęła stąd dużo ważniejsza nauka niż ta, wynikająca z odrobienia ćwiczeń.

Niestety nie wszystkie dzieci doznają takiego zrozumienia w szkole. Jako rodzice nie zawsze mamy na to wpływ. Ale możemy starać się empatycznie komunikować z dziećmi w domu.

Zdecydowanie tak. 23 marca odbędzie się w Gliwicach ogólnopolska konferencja dla rodziców pod hasłem: „Jestem rodzicem – wybieram empatię. Korzenie i skrzydła – jak wychować szczęśliwego człowieka?”. Będziemy na niej rozmawiać o tym, czym jest empatia w wychowaniu, co daje, dlaczego jest czasem trudna. Nie zawsze mamy chęć okazywać empatię. I to też jest w porządku – warto tylko wiedzieć, kiedy się tak dzieje, co wtedy czujemy.

Czego o empatii nauczyłaś się jako mama?

Teraz, po latach, gdy mój syn jest dorosły, sztuka bliskości jest dla mnie sztuką odpuszczania. Zgodą na różne punkty widzenia, na pokojowe pozostawanie przy zdaniach odrębnych.

Ale nie zawsze tak było. Żałuję, że tego wszystkiego, co wiem teraz, nie wiedziałam, kiedy był niemowlakiem. Jednak myślę o swoich błędach ze spokojem; wiem, że działałam w najlepszych intencjach. Trochę z zazdrością patrzę na młode mamy, które przychodzą np. na nasze warsztaty dotyczące empatii – od początku budują z dzieckiem świadomą relację.

Empatyczny rodzic – kto to taki?

To rodzic, który jest obecny, uważny, ciekawy swojego dziecka. Traktuje je jako pełnowartościowego człowieka, który jeszcze nie ma życiowego doświadczenia, ale ma takie samo prawo do szacunku, jak dorosły. Nie mówi: „Jesteś jeszcze głupiutki, malutki”, ale tworzy dziecku bezpieczne warunki do poznawania świata. Sprawdza, czy ono potrzebuje pomocy, czy może tylko potwierdzenia, że rodzic zauważa jego wysiłek.

Taki rodzic potrafi towarzyszyć swojemu dziecku w różnych doświadczeniach, wspierać i być obok. Ale nie wyręczać, nie narzucać rozwiązań, nie pouczać. Umie odpuścić ocenianie, a zwłaszcza – krytykowanie.

Wreszcie – to jest rodzic, który ze spokojem pozwala także doświadczać trudnych emocji: smutku, złości, bólu. Nie zaprzecza temu, co się dzieje. Kiedy dziecko zapłakane wróci z przedszkola, bo pokłóciło się z kolegą, stwierdzi: „Widzę, że ci trudno, że jesteś smutny”. Nie powie: „Trzeba się było z nim nie bawić”, ani: „I o co tyle krzyku, jutro się pogodzicie”.

To wszystko brzmi pięknie, wydaje się proste, ale wiemy, że w rzeczywistości wcale nie jest łatwe, zwłaszcza, kiedy do głosu dochodzą gwałtowne emocje.

Jak budować taką empatyczną relację z dzieckiem?

Warto zacząć od siebie, czyli spojrzeć na siebie z szacunkiem i akceptacją. Tysiące godzin przeróżnych warsztatów na nic mi się zdadzą, jeśli ja sama nie akceptuję siebie i nie dbam o własne potrzeby. I mówię tu o bardzo praktycznych sprawach. Jeśli dziecko chce spędzić ze mną czas, a ja właśnie nie mam siły, jestem bardzo zmęczona, to mogę powiedzieć: „Teraz bardzo chcę odpocząć, porozmawiamy, pobawimy się za godzinę, wtedy będę mieć więcej siły. Co ty na to?”. Pokazuję w ten sposób, jak można o siebie dbać – o siebie samego i o siebie nawzajem.

Warto zadawać dziecku pytania – z pełną ciekawością tego, co usłyszymy. Próbować docierać do emocji (np.: „Byłeś zaskoczony, kiedy Ola podzieliła się z tobą kredkami?”), ale ich nie cenzurować, nie wmawiać dziecku, że powinno czuć, myśleć coś, co jest zgodne z naszymi wyobrażeniami.

Warto upewniać się, czy dobrze rozumiemy, parafrazować, np.: „Czyli chcesz jeszcze raz zjechać z tej dużej zjeżdżalni?”. Szukać za tym potrzeb: „Wolałbyś się bawić, zamiast wracać do domu?”. Zapraszać do znajdowania rozwiązań: „To może zjedziesz jeszcze trzy razy, a potem pójdziemy?”.

Takie sytuacje sprzyjają „tkaniu więzi”. Tak buduje się relacja, która może być opoką, wsparciem na całe życie. Dziecko uczy się tego, że jest warte uwagi, że jego sprawy są ważne dla rodzica, uczy się rozmowy, kontaktu. I uczy się także, że ważny jest rodzic, że on też czegoś potrzebuje, że może prosić o pomoc, czasem jest mu trudno. Dziecko doświadcza wtedy radości z tego, że coś może zrobić, przyczynić się do tego, aby komuś było lepiej. Zaczyna dostrzegać, że jesteśmy współzależni.

Czy empatię można w sobie wyćwiczyć? Można się jej uczyć?

Pewnie, że można! Empatię możemy trenować jak mięsień - mięsień otwartości i życzliwości dla siebie i innych. Wiele badań pokazuje, że empatię mamy „w ustawieniach fabrycznych” – po prostu się z nią rodzimy. Potem zdarza się ją jakoś zgubić, przysypać.

Jak ją odnaleźć na nowo?

O tym będziemy mówić także na konferencji - serdecznie na nią zapraszam. Mnie przychodzi do głowy taki prosty sposób, by znaleźć swój rodzinny rytuał, który pozwala zatrzymać się, spojrzeć z uwagą na bliskich, powiedzieć im coś ważnego i nie spotykać się z oceną, ale z pełną akceptacją. Np. można wprowadzić zwyczaj, by codziennie wieczorem każdy powiedział, za co jest wdzięczny, co było dla niego trudne, co było dobre. Przypomina mi się sytuacja, gdy czteroletni synek moich znajomych rozsypał w łazience 4 kg proszku do prania. Kiedy zobaczył minę mamy, zapytał: „Smutno ci?”. A zaraz potem dodał: „Przytulić cię?” I przytulił! Na pytanie, skąd taka reakcja, jego mama opowiedziała o tym, że kiedy jest trudno, ona zwykła mówić: „Czasem nic nie umiem poradzić na twoje smutki i strachy, ale zawsze mogę cię przytulić”. W tej rodzinie przytulanie to sposób na trudne sytuacje. I takich empatycznych sposobów każdy z nas może znaleźć wiele.

Elżbieta Więcław - nauczycielka empatii

O szczegółach konferencji przeczytacie na stronie:

 http://www.konferencja.filomata.pl