Czytanie to wielka przyjemność

Czytanie to wielka przyjemność

O tym, jak sprawić, by dzieci czytały książki z Anną Marią Czernow, badaczką literatury dla dzieci i młodzieży i prezeską polskiej sekcji IBBY* rozmawia Joanna Szulc.

image

Dlaczego to ważne, żeby dzieci czytały książki? 

Bo czytanie, obcowanie z tekstem pisanym i ilustracjami, sprawia specyficzny rodzaj przyjemności. Nic jej nie zastąpi. Muzyka, film, teatr – także dają przyjemność, ale innego rodzaju. Dzięki książce możemy uciec w świat wyobrażeń, przeżywać silne emocje. Dlaczego my, dorośli, sięgamy po raz kolejny po tę samą, ulubioną książkę? Bo chcemy znów przeżyć, poczuć to, co tak nas pociąga, co jest dla nas tak miłe.

Mówi Pani o przyjemności. A gdzie nauka, zdobywanie wiedzy, poszerzanie horyzontów, poznawanie kanonu literatury?

Właśnie od takiego myślenia powinniśmy odejść, jeśli chcemy promować czytanie u dzieci.

Jestem przekonana, że pierwszym zadaniem dorosłych jest rezygnacja z przekonania, że dzieci powinny czytać… bo tak. Bo „czytanie jest ważne”, bo „wykształcony człowiek powinien czytać”, bo „książki są bardziej wartościowe niż inne zajęcia”.

Czytanie jest po prostu ogromnie przyjemne. Od tego zacznijmy, to pokazujmy dzieciom. Zastanówmy się, dlaczego my sami czytamy. Czy wieczorem, po trudnym dniu, sięgamy po książkę dlatego, że tak należy? Czy raczej dlatego, że chcemy oderwać myśli od bieżących spraw i przywołać inne obrazy, skojarzenia, emocje, niż te, które towarzyszą nam na co dzień?

A jeśli nie czytamy – to co robimy w zamian, by odpocząć? Często jest tak, że rodzice korzystają z Internetu, zaglądają do smartfonów, tabletów, komputerów, a od dziecka wymagają, by czytało książki, bo to dla niego lepsze.

A nie jest lepsze?

Nie wiemy tego. Żyjemy w okresie bardzo szybkich, gwałtownych zmian kulturowych. Nowe technologie mnóstwo zmieniły w naszym życiu i nie jesteśmy w stanie obecnie ocenić, czy to dobrze, czy źle i w jakim kierunku się to potoczy. Boimy się zmian, to naturalne. Ale w tym lęku wolimy chwycić się tego, co już znamy. Boimy się, że dzieciom zaszkodzi korzystanie z nowych technologii, więc chcemy, żeby czytały książki – bo wiadomo, że książki są wartościowe.

Owszem, książki mogą wzbogacić życie dziecka. Ale jeśli przedstawiamy sprawę tak: książki – dobre, cyfrowe media – niedobre, to pojawia się chęć kontrolowania tego, skąd dziecko będzie czerpać informacje i rozrywkę. Czy z „dobrych książek”, czy ze „złego” Internetu. Zaczyna się patrzenie na czytanie jako na obowiązek. Narzucamy dzieciom: czytaj – nie graj, nie oglądaj. A skoro już narzucamy dzieciom czytanie, to mówimy im także, co mają czytać, kiedy mają czytać i w jakich warunkach. Chcemy dzieci kontrolować i jeszcze do tego wierzymy, że to wszystko dla ich dobra.

Tak nie sprawimy, że dzieci pokochają książki. Nie da się nikogo zmusić, by polubił czytanie, jeśli on sam tego nie będzie chcieć.

Czytanie daje ten rodzaj przyjemności, jakiego nie da nic innego.

Kojarzy mi się to z kwestią karmienia dzieci. Wiadomo, że zmuszanie, nakłanianie, zabawianie dziecka przy jedzeniu, by przemycić mu łyżkę kaszki to prosta droga do wychowania niejadka. Skuteczne jest dawanie dziecku wolności (niech samo sobie nakłada, niech wybiera ulubione smaki, niech je, ile chce) i stworzenie wokół posiłku miłej atmosfery. 

Tak, to dobre porównanie, ale poszłabym jeszcze o krok dalej. Jeśli rodzic nie lubi marchewki, to niechże nie udaje przed dzieckiem, że jest inaczej. Niech nie wmusza w dziecko marchewki tylko dlatego, że marchewka zdrowa jest.

W przypadku książek: niech rodzic będzie z dzieckiem szczery. Jeśli nie lubi jakiejś powszechnie uznawanej za dobrą książki, to niech nie udaje przed dzieckiem, że jest świetna i trzeba ją przeczytać.

Dzieci zasługują na naszą szczerość i szacunek. Pozwalając im wybierać dla siebie różne rzeczy (dania czy lektury), właśnie ten szacunek okazujemy. To buduje wzajemne zaufanie. Potem w sytuacji, gdy z jakiegoś powodu zależy nam na tym, żeby dziecko spróbowało czegoś nowego, możemy użyć konkretnych argumentów.

Teraz mówi Pani o jedzeniu czy czytaniu?

O jednym i drugim. Jeśli moja córka nie lubi ryb, ale powinna je jeść z przyczyn zdrowotnych, mogę jej powiedzieć: „Rozumiem, że nie lubisz ryb. Ale pani doktor powiedziała, że dobrze byłoby, gdybyś je jadła. Poszukajmy takiej, która ci zasmakuje. Poeksperymentujmy w kuchni”.

Z czytaniem może być podobnie. Jeśli dziecko czuje się szanowane i poważnie traktowane, a nie zmuszane do czytania z niejasnych dla siebie powodów, możemy z nim porozmawiać np. o tym, że warto przejść się do biblioteki i poszukać jakiejś ciekawej książki. Może nam zaufa i wejdzie między regały, a stamtąd wyłowi dla siebie coś ciekawego?

Coś, co ono uzna za ciekawe, a nie my.

To ważne, by nie krytykować wyborów dziecka. Nigdy nie wiemy, która książka będzie właśnie tą przełomową, ważną, ulubioną. To tak właśnie bywa, że dziecko nie czyta, nie czyta, aż trafi na książkę, która je zachwyci. My możemy tego nie rozumieć, ale przecież nie o nas tu chodzi. Ważne, że dziecko odnalazło w książce coś pociągającego na tyle, że chce czytać dalej, więcej.

Dość często jestem proszona o porady, np. „Jaka książka będzie dobra dla dziewięciolatki”. Ktoś chce sprawić prezent, szuka „trafionej” książki. Na takie pytania odpowiadam: „Nie mam pojęcia, bo nie znam tej konkretnej dziewczynki”. Każde dziecko, każdy człowiek ma swój gust, zainteresowania, wrażliwość, poczucie humoru. Mam wrażenie, że dorośli nie biorą tego pod uwagę, uważają, że wszystkie dzieci w danej kategorii wiekowej będą zainteresowane tym samym.

Zgadzam się, że dzieciom należy się wolność wyboru, czy daną książkę polubią, czy nie. Ale od czegoś trzeba zacząć, jakieś książki im zaproponować. Czym kierować się przy wyborze?

Jakością tekstu i ilustracji. Pamiętajmy, że „książka obrazkowa jest dla dziecka jak pierwsza wizyta w galerii sztuki” – jak powiedziała Kveta Pacowska. Szukajmy dzieł wybitnych twórców: pisarzy, poetów, ilustratorów. Od początku dbajmy o to, by dziecko stykało się z pięknymi, dobrze zaprojektowanymi książkami i dobrym tekstem. Niech to nie będą różowo-żółto-niebieskie obrazki do rymowanych na siłę wierszy, jakich pełno jest w sklepach i księgarniach.

Czasem dziecko styka się z takimi książkami, choć my sami tego nie planowaliśmy. Na przykład dostaje je w prezencie od znajomych czy krewnych. Co robić z takimi książkami, które nam samym się nie podobają?

Mogę powiedzieć, co ja sama robię w takiej sytuacji. Jeśli uważam, że jakaś książka nie jest zgodna z wartościami, jakie chcę przekazać dzieciom, na przykład jest rasistowska, wyrzucam ją bez wahania. A jeśli książkę uważam za nieszkodliwą, tylko po prostu brzydką i nieciekawą, to zostawiam w domu i ustawiam na półce wśród innych książek moich córek. Daję dzieciom swobodę wyboru – jeśli chcą po nią sięgać, w porządku. Obserwuję jednak, że dzieci nieprzymuszane i nienakłaniane przez nikogo raczej wybierają dobre książki. Jakość sama się broni.

Czasem mówię starszej, czteroletniej córce: „Wiesz, wolałabym ci nie czytać tej książki, bo ona mi się okropnie nie podoba”. Czekam na odpowiedź, sprawdzam, czy to dla niej ważne, żebym mimo wszystko przeczytała to, co ona wybrała.

Z młodszą, dwulatką, postępuję inaczej – ona jest jeszcze na wczesnym etapie poznawania przyjemności czytania i jestem skłonna jej czytać wszystko, co tylko mi do czytania przyniesie.

Dzieci czasem lubią po prostu przewracać kartki. To też poznawanie książek.

Pewna mała dziewczynka z programu Katarzyny Stoparczyk w radiowej Trójce, zapytana o to, do czego są książki, odpowiedziała: „Do pitulania. Bo jak mama cita, to pitula”. Bardzo lubię tę definicję, w moim domu właśnie do tego służy czytanie. Do czego jeszcze mogą służyć książki?

Do gryzienia. Małe dzieci obgryzają tekturowe książeczki, liżą je, drą i dziurawią. Wspaniale się przy tym czują, dobrze się bawią. Na szczęście dorośli już zaczęli rozumieć, że książka nie powinna być traktowana z nabożną czcią i trzymana w gablocie, bo wtedy dziecko nie będzie po nią sięgać. Pozostanie w gablocie i tyle.

Książki, które mają dziecku towarzyszyć, muszą być w zasięgu jego rąk, dostępne do oglądania, przewracania kartek. Są dzieci, które już w wieku kilku miesięcy uwielbiają czynność przewracania kartek, nawet tych w książkach dla starszych dzieci czy dla dorosłych. U nas w domu książki są na wyciągnięcie ręki, córki wybierają do oglądania to, co chcą. W ten sposób odkryliśmy, że najlepszą lekturą, która umila córce nielubiane wieczorne inhalacje jest „Historia brzydoty” Umberto Eco, z przerażającymi ilustracjami. Ona uwielbia przeglądać tę książkę, przygląda się straszliwym twarzom, a my uznaliśmy, że ma do tego prawo, może to lubić, choć cierpnie nam skóra na widok niektórych obrazów.

Wcześniej mówiłam już o tym, że książki pozwalają uciec od rzeczywistości. Są dzieci, dla których ta funkcja książki jest niezwykle ważna, pozwala im wrócić do emocjonalnej równowagi.

Dzieci, które stykają się z cierpieniem?

Albo były świadkami dramatycznych wydarzeń. We włoskiej sekcji IBBY powstał taki pomysł, by na wyspie Lampedusa, na którą trafia wielu uchodźców, stworzyć bibliotekę z niemymi książkami obrazkowymi. To takie książki, w których nie ma tekstu, treść przekazywana jest obrazami – nie ma więc bariery językowej, nie trzeba tłumaczyć słów.

Na początku włodarze wyspy podchodzili do pomysłu sceptycznie, nie sądzili, by taka biblioteka mogła być potrzebna i pomocna. Ale jednak powstała, zgromadzono w niej książki przysłane z różnych krajów, także z Polski. Okazało się, że to był świetny pomysł. Gdy przypływa kolejna łódź, a w niej dzieci po traumatycznych przeżyciach, książki są artykułem pierwszej potrzeby. Pozwalają choć na trochę zapomnieć o strasznych obrazach, o strachu, tęsknocie, bólu.

Książka pozwala przenieść się do innego świata, oderwać od tego, co trudne.

Dobra niema książka obrazkowa wciągnie w swoją opowieść także dorosłych. Sama tego doświadczam. Uwielbiam też wyszukiwanki, w których można znajdować wciąż nowe szczegóły. Dla mnie i moich dzieci wyszukiwanki są często początkiem rozmowy o marzeniach.

Lubi Pani komiksy?

Świetna sprawa, połączenie tekstu i obrazu. Do tej pory pamiętam komiksy czytane w szkolnych czasach.

A audiobooki? Moje córki słuchają ich w kółko, w podróży, podczas rysowania czy innych zajęć.

Ja akurat wolę, by dziecko poznało najpierw książkę w wersji drukowanej, by mogło sobie samo wyobrazić sposób mówienia, temperament bohaterów, zanim pozna interpretację aktora. Ale oczywiście – słuchanie dobrze przeczytanej dobrej książki może dać wiele przyjemności.

Myślę, że słuchanie audiobooków może być rozwiązaniem dla tych dzieci, które z racji temperamentu męczą się, siedząc bez ruchu nad książką. Poza tym wspólne, rodzinne słuchanie, np. w samochodzie, sprawia, że znamy te same teksty, cytaty, powiedzonka.

To kolejna świetna rzecz związana z czytaniem: książki tworzą pomosty pomiędzy ludźmi, pozwalają tworzyć świat wspólnych przeżyć i znaczeń. Zabawne czy charakterystyczne cytaty wrastają w słownik rodziny, pozwalają się porozumieć, skomentować jakieś wydarzenie, rozładować napięcie.

Przychodzi jednak taki czas w życiu dzieci, gdy czytanie z rodzicami już nie jest pociągające.

Tak, pojawiają się książki polecane przez rówieśników. Wielu rodzicom trudno jest zaakceptować to, że dziecko sięga po treści, których oni sami nie pochwalają albo uważają, że jest na nie za wcześnie.

I co wtedy?

Nadal uważam, że trzeba dzieciom dawać wolność w doborze książek. Nawet jeśli opisują przemoc, okrucieństwo, uzależnienia, choroby. Biblioteka Narodowa prowadzi badania czytelnictwa wśród młodych Polaków. Wychodzi z nich, że od pokoleń już lekturą, która stale utrzymuje się wysoko na liście ulubionych są „Dzieci z dworca ZOO”. Ja to czytałam, Pani pewnie czytała, rodzice współczesnych nastolatków czytali. To była ważna książka.

To naturalne, że nastolatki interesują się tematami budzącymi silne emocje. Ja w wieku kilkunastu lat przeczytałam chyba całą dostępną literaturą łagrową i lagrową.

Książka nie skrzywdzi czytelnika, pozwala mu przeżywać silne emocje w bezpiecznych warunkach, przemyśleć opisywane zjawiska, poczuć nie doświadczając. Lepiej, żeby dziecko czytało o narkomanach, niż żeby weszło w ich środowisko.

Trzeba dać dzieciom wolność w wybieraniu książek do czytania.

Jesper Juul, słynny duński pedagog, pisze, że gdy dziecko wchodzi w okres nastoletni, kończy się wychowanie. Co mieliśmy jako rodzice zrobić, już zrobiliśmy. Teraz pozostaje dziecko wspierać i budować relację. Wychodząc z tego założenia zaakceptowałam fakt, że moja nastoletnia córka sięgnęła po krwawe skandynawskie kryminały.

Ale rodzice nieco młodszych dzieci często mają wątpliwości, czy książka nie przestraszy dziecka, nie stworzy w jego umyśle jakichś trudnych do zrozumienia obrazów.

Norweska pisarka Gro Dahle jest znana z kontrowersyjnych dzieł, do których ilustracje tworzy jej mąż Svein Nyhus i córka Kaia Dahle Nyhus. W książkach dla dzieci zajmuje się tematami takimi jak rozwód rodziców („Wojna”), przemoc w rodzinie („Zły pan”), depresja („Włosy mamy”). W najnowszej książce, zatytułowanej (w wolnym tłumaczeniu): „Sezamie, Sezamie”, pokazuje czytelnikowi perspektywę dziecka, które w internecie natyka się na pornografię. Na ilustracjach widać między innymi ekran monitora i parę uprawiającą seks, są dymki z odgłosami jęczenia. Ta książka wywołała burzę.

Badania natomiast mówią, że dzieci około 10. roku życia przeglądając internet prędzej czy później stykają się z pornografią. Czy mamy udawać, że tak nie jest?

Trudne tematy nie przestaną istnieć, gdy nie będziemy o tym mówić, pisać. Książki pomagają dzieciom zrozumieć świat, pokazują, jak można się bronić, uświadamiają, że przeżywane emocje – strach, gniew, wstyd – są normalne. Nie tylko w naszych czasach tak jest. Astrid Lindgren, za młodu cierpiąc biedę i głód, czytała „Głód” Knuta Hamsuna. Książka pomagała jej oswoić to, co sama przeżywała.

Dużo mówimy o swobodzie wybierania książek przez dzieci. Ale przychodzi taki czas w ich życiu, gdy pewne książki muszą przeczytać: szkolne lektury. Osobiście nie znam ani jednej osoby (w wieku szkolnym czy też całkiem dojrzałym), która lubiłaby lub dobrze wspominała czytanie lektur.

Na temat lektur toczą się rozmowy i spory, wydaje się, że w dużej mierze nie do rozstrzygnięcia. Z tego, co obserwujemy, ale także, co mówią badania czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży, widać wyraźnie, że model, jaki mamy w szkołach obecnie, nie jest dobry.

W kanonie lektur są książki stare, które nie przetrwały próby czasu, pisane archaicznym językiem. Wymieszane w dość przypadkowy sposób z nowymi. Trudno mi znaleźć klucz, według którego zostały wytypowane akurat te pozycje.

Do szkoły trafia wiele dzieci, które dopiero tutaj mają pierwszy kontakt z książką. W domu nikt im nie czytał, rodzice nie czytają. A w szkole trzeba. Na dodatek trzeba czytać coś trudnego, nudnego, niezrozumiałego. Jak się nie zniechęcić?

Czytanie to jest złożona umiejętność. Sam fakt, że ktoś potrafi składać litery w słowa, jeszcze nie oznacza, że umie przeczytać książkę. Lubię takie porównanie: czytanie jest jak bieg w maratonie. Gdybym teraz stanęła do maratonu, to padłabym martwa po drugim kilometrze. Nie mam treningu, nie umiem skoordynować oddechu z ruchem, nie mam kondycji. Ale jeśli zacznę ćwiczyć, pomału, codziennie, to z czasem bieganie może się stać nawykiem i przyjemnością.

My od naszych dzieci często wymagamy umiejętności ponad wiek i możliwości. Oczekujemy, że ot tak „przebiegną maraton”, czyli przeczytają książkę i będą zachwycone lekturą. A żeby przeczytać książkę, trzeba najpierw poczuć przyjemność słuchania i czytania krótszych tekstów, przekonać się, jakie to może być zabawne, wciągające, ciekawe. Na pewno nie można zaczynać od trudnych i nudnych tekstów, bo pozostanie niechęć.

Nie wiem, dlaczego dzieci na drugim etapie kształcenia w szkole podstawowej są zmuszane np. do czytania „Pana Tadeusza”. To trudny poemat pisany przez dorosłego dla dorosłych. Wielu dojrzałych ludzi sobie z nim nie radzi. Dlaczego mają sobie z nim poradzić dzieci?

Myślę, że klasyczne dzieła literackie mogą służyć w szkole do celów użytkowych – na podstawie fragmentów można uczyć, czym są tropy literackie, jak skonstruowana może być narracja, jakie sformułowania były charakterystyczne w ramach danej epoki. Ale zmuszanie dzieci do czytania dawnych, nieraz bardzo trudnych w odbiorze książek jest przeciwskuteczne dla rozbudzania zainteresowań literackich.

Zanim zaczniemy wymagać od dzieci czytania, sami zastanówmy się,
jak często sięgamy po książki.

Zwolennicy lektur twierdzą, że w szkole uczniowie powinni zetknąć się z wielkimi dziełami, bo może już nigdy nie będą mieli okazji do nich sięgnąć. A każdy Polak powinien znać choć kilka dzieł, które należą do narodowej spuścizny.

Tyle że uczniowie nie czytają tych dzieł. Czytają streszczenia. Pod tym względem to, co nas łączy jako Polaków, to wielkie zbiorowe nieczytanie lektur. Nie sądzę, by to czemuś dobremu służyło.

Dorośli mają taką skłonność, by oczekiwać, że dzieci będą lepszą wersją nich samych, doskoczą do jakiegoś ideału, który sobie wymyślili. Oni sami nie czytają, ale dzieci mają czytać, bo to ważne. Bo od tego, na kogo wyrosną dzieci, zależy nasza przyszłość. Ciekawe wnioski z tego mechanizmu wyciągnął Janusz Korczak sto lat temu. Według niego w ten sposób dorośli zwalniają sami siebie z dbania o dobrą przyszłość narodu i cedują ten obowiązek na dzieci. Od nich wymagają więcej niż od siebie. Jest to celna interpretacja, całkowicie do mnie przemawia.

Przywróćmy porządek: o dobrą przyszłość następnych pokoleń dbajmy my, dorośli. A dzieciom pozwólmy po prostu poznać przyjemność intymnego kontaktu z książką. Nie ma lepszego sposobu, by zachęcić do czytania.

Czy możemy zrobić coś jeszcze? Czerpać z metod wypracowanych w innych krajach?

Warto brać przykład ze Szwedów. W książce „Polska czyta, Szwecja czyta” Katarzyna Tubylewicz i Agata Diduszko-Zyglewska opisują fenomen kraju, w którym czytanie jest powszechnym zwyczajem. Tam dzieci stale stykają się z książkami, o czytaniu mówią trenerzy drużyn, urzędnicy, nauczyciele. W najmniejszej mieścinie na północy kraju będzie biblioteka, będą organizowane dyskusje np. o biografii piłkarza Zlatana Ibrahimowicia. Istnieją eksperymentalne biblioteki ze strefami, do których dorośli nie mają wstępu – wolno tam wchodzić tylko dzieciom wraz z pracownikami współdecydują o kształcie tych przestrzeni. Im więcej przestrzeni dla decyzji dzieci w bibliotekach dziecięcych, tym lepiej. Chcą grać na komputerze? Proszę bardzo – obok na półce stoją książki, może kiedyś ktoś po nie sięgnie.

Wracam tu po raz kolejny do wolności wyboru, ale też pewnego spokoju, zaufania dzieciom. Świat szybko się zmienia, ale może załóżmy, że zmienia się w jakimś nowym, neutralnym kierunku, a nie w stronę katastrofy. Kiedyś czytanie było czynnością elitarną, jeszcze po drugiej wojnie światowej wielu dorosłych ludzi było analfabetami. To się zmieniło i może w tamtych czasach taka zmiana też budziła lęk. Wierzę w to, że książki przetrwają i nadal będziemy zachwycać się zapachem papieru i delektować czytaniem. To zbyt przyjemne, by dało się z tego zrezygnować.

*IBBY - International Board on Books for Young People, międzynarodowa organizacja non-profit promująca literaturę dziecięcą i młodzieżową.

fot. Shutterstock 

 

Redakcja "Świerszczyka" przygotowała serię książek i książkogier, idealnych do odkrywania przyjemności czytania.