Rózia Rewelka


Przygody Bidy, czyli mały przewodnik po kocim życiu Barbara Łuczak

Przygody Bidy,
czyli mały przewodnik po kocim życiu


PROZA DLA DZIECI (5-10 lat)
• Liczba stron: 122, kolorowe ilustracje
• Ilustracje: Małgorzata Szyszkowska
• Premiera12 grudnia 2014
• Cena: 24 zł

O książce:
W starej szufladzie w garażu przychodzi na świat maleńka koteczka o szarym, pręgowanym futerku. Po trzech tygodniach znajduje nowy dom i otrzymuje imię Bida. Od tej pory zaczyna się jej przygoda. Bida stopniowo poznaje wszystkie zakamarki domu, zdobywa nowe umiejętności, „uczy się” ludzkiego języka, a w końcu zdaje egzamin na prawdziwego kota, polując na mysz. Im jest starsza, tym bardziej się przekonuje, że koty i ludzie mają podobne problemy.

„Przygody Bidy, czyli mały przewodnik po kocim życiu” to nie tylko pełna ciepła i humoru opowieść z nietypowym, bo kocim, narratorem. Czytelnik śledzi losy kotki i wraz z nią poznaje otaczający świat. Bida przekazuje nie tylko te najbardziej oczywiste prawdy, że np. należy się codziennie myć. Mówi również o tym, że w całym swoim życiu musimy mierzyć się z różnymi wyzwaniami, włączając te najbardziej bolesne.

O Autorce:
Barbara Łuczak – psycholog, logopeda. Od blisko 30 lat zajmuje się diagnostyką dzieci niesłyszących i słabosłyszących, autystycznych, małych dzieci z niepełnosprawnym układem nerwowym, diagnozą dojrzałości szkolnej i trudności szkolnych. Prowadzi również terapie rozwijające mowę u dzieci niesłyszących, mających opóźniony rozwój mowy lub mowę zaburzoną (zacinanie, mutyzm itd.). Autorka artykułów dotyczących czytania i zabawy „W co się bawić - czyli krótka monografia zabawy”.

Skąd pomysł na książkę?
Od piętnastu lat przeprowadzam wśród sześciolatków badania oceniające dojrzałość szkolną. Zawsze pytam, czym się bawią, co robią w czasie wolnym. Chłopiec ze smutną i wielce znudzoną miną odpowiada, że bawi się firofaktorami, a jedyne czego się dowiaduję to to, że najeżdżają one na siebie i jest huk. Drugi chłopiec z kamienną twarzą opowiada mi, ilu przeciwników zabił w grze komputerowej, gdzie „kupuje” broń i że trzeba zadzwonić po karetkę, jak się już kogoś zabije. Takich dzieci jest mnóstwo.
Na szczęście są momenty, kiedy twarz dziecka zaczyna wyrażać emocje, a w oczach zapalają się wesołe iskierki. Dziecko ożywia się, gdy opowiada o swoim kotku, piesku, chomiku lub o swoim małym braciszku czy siostrzyczce. Jak ważne są zwierzątka w życiu dzieci przekonała mnie rozmowa z pewnym chłopcem, który miał szczura. Ponieważ zawsze miałam koty lub psy, zapytałam go, czy szczur umie okazać mu przyjaźń. „Tak, umie” odpowiedział. „Ugryzł mnie tylko dwa razy”.

Dlatego napisałam tę książkę.


Fragment:
Iza powoli przygotowywała mnie do przeprowadzki. Uczyła zjadać maleńkie granulki suchej karmy i pić mleko ze spodka. Z granulkami szło mi dobrze, ale picie mleka okazało się bardzo trudne. Pewnego popołudnia ostatni raz przytuliłam się do mamy i Iza włożyła mnie do pudełka po butach. Odbyłam krotką podroż i nagle usłyszałam jakiś obcy głos: „Jaka ona jest maleńka!”. To była moja nowa Pani. Nie miałam jeszcze czterech tygodni i naprawdę wyglądałam jak mały, szary kłębuszek strachu, z dużymi zielonymi oczami.

Byłam prezentem, więc Pani również wręczyła Izie czekoladę i wtedy widziałam Izę ostatni raz. Pani wzięła mnie na kolana i obejrzała dokładnie. Najbardziej podobały się jej te ciemne pręgi na moim grzbiecie. Głaskała mnie, czesała ustami futerko na mojej główce (według ludzkiego języka: całowała mnie) i powiedziała, że będę się nazywać Tygrys, bo mam takie piękne pręgi i gdy urosnę, na pewno będę odważna jak tygrys. Pomyślałam, że jest nieźle i że ona chyba będzie mnie kochała.

I wtedy przyszedł Pan. Zdziwił się, że ja jestem w domu. Patrzył na mnie tak podejrzliwie, że zaczęłam się bać. Pani chciała ratować sytuację i powiedziała, że mam takie śliczne pręgi, że będę się nazywać Tygrys i że na pewno urosnę. Pan nic nie mówił, tylko wziął mnie na kolana, obejrzał dokładnie i wydał wyrok: „Nie może się nazywać Tygrys”. Pani tylko jęknęła i zapytała dlaczego. „Bo to jest dziewucha” — krótko odparował Pan. Powiedział też, że ja jestem bardzo mała i jeśli nie będę umiała jeść, to nie przeżyję, a on potrzebuje dużego, sprawnego kota do łapania myszy, a nie takiego kociego krasnoludka.

Pani przyniosła maleńkie granulki i udało mi się kilka zjeść. Dobrze, że Iza już to ze mną ćwiczyła wcześniej. Później przyniosła małą miseczkę, nalała odrobinę mleka, no i niestety nastąpiła katastrofa. Bardzo się starałam, ale zamiast się napić, łapki mi się rozjechały na boki i moja mordka wylądowała w miseczce. Wtedy Pan pokręcił nosem i skwitował tę moją próbę krótko: „To w ogóle nie jest kot, tylko jakaś bida”. A Pani na to, że może być i że Bida to będzie całkiem dobre imię dla mnie. Taka mała, szara Bida. I ładnie brzmi na rożne sposoby: Biedka, Bidulka, Bieduń. I w taki oto sposób otrzymałam swoje imię (…).

Wielkimi krokami zbliżał się wieczór, za oknami było już ciemno, ale Pan z Panią zapalili takie sztuczne słońca pod sufitem i w domu było zupełnie widno. Pani zaniosła mnie do sypialni i usiadła ze mną na kolanach, na łóżku. Łóżko to taka duża drewniana szuflada, jak ta, w której przyszłyśmy na świat w garażu, tylko o wiele większa. Było tam ciepło i przytulnie, a ja byłam oczywiście ciekawa, czy też tam będę spała.

Byłam dobrej myśli, bo Pan zdjął ubranie i okazało się, że oprócz wąsów on również ma futro. Też czarne, prawie na całym ciele. Pomyślałam, że może to jest jakiś mój daleki krewny i że na pewno się zgodzi, żebym z nimi spała. Ale on tylko zmierzył Panią i mnie piorunującym wzrokiem i powiedział: „Albo ona, albo ja!”. Kazał wynieść mnie do piwnicy, bo tam jest miejsce dla porządnych, szanujących się kotów. Sam wszedł do łóżka, przykrył się kwiatami na pościeli i zgasił maleńkie słoneczko stojące przy samym łóżku.

Pani zabrała mnie jeszcze raz do kuchni, żeby na spokojnie pomyśleć, gdzie ja mam spać. Po chwili usłyszałyśmy z sypialni takie grube mruczenie, jakie wydaje zapalany samochód (znam się na tym, bo przecież urodziłam się w garażu). Pani mnie przytuliła i powiedziała: „Nie boj się, to tylko Pan chrapie”.

Może on jednak jest wielkim kocurem? A może tak głośno mruczy, bo wie, że Pani go kocha?

W moim małym łebku było wiele znaków zapytania. Pan nie pozwolił mi spać w łóżku, to czy to znaczy, że on mnie nie kocha? Pani może by na to pozwoliła, ale posłuchała Pana. Widocznie to on jest w tym domu głównym kocurem i trzeba go słuchać.

Bida radzi:
• Jeśli rodzice czasami ci na coś nie pozwalają, to wcale nie oznacza, że cię nie kochają.
• Świat jest pełen zakazów i reguł. Wiele z nich musisz opanować, aby w nim przetrwać. Kiedy dorośniesz, sam będziesz ustalać reguły, ale żeby je ustalać, najpierw trzeba je poznać.




« Poprzednie     Następne »
Zamów prenumerate
Świerszczyk poleca
 

viagra super force